Co ma BODYART do jazdy na rowerze?

Co ma BODYART do jazdy na rowerze?
Jak obnażyłam swoje słabości?
Czy rzeczywiście znamy źródło swoich lęków?
Jak uświadomienie sobie, że strach, który potrafi urodzić się w sercu,
nie dotyczy danej sytuacji,
potrafi cudownie oczyścić sytuację, i dać realność działaniu i dokonaniu czegoś.
…..
 

 

 

To był bardzo aktywny weekend, w dodatku pełen emocji. Wspólne uczczenie urodzin mojej BODYART-owej siostry Aleksandry Łabędź, a następny dzień miał być sympatyczną przejażdżką rowerową z jeszcze drugą BA sister Kasią Haczewską. Kasia od kilku lat jest pasjonatką przemierzania świata rowerem. Aleksandra od niedawna wskoczyła intensywnie na treningi triathlonowe. Ale przejażdżka miała być po prostu PRZYJEMNA.

 
No cóż… ufałam im. Nie zadawałam pytań. Miałyśmy jechać do miejsca, gdzie Ola miała poprowadzić dla tańczącej młodzieży BODYART, a następnie wrócić. Tylko nie wiedziałam, że to gdzieś pod Warszawą… Była rzucona liczba ok 50 km, ale założyłam, że w obie strony łącznie.
 
To mój drugi raz na kolarzówce. Rower nie mój. Nie do końca czułam się na nim komfortowo i przez to odrobinę odczuwałam wewnętrznie stresik. Nie przeszkadzało mi to aż tak bardzo, ale w kontekście całego dnia, myślę, że miało ogromne znaczenie. Dziewczyny na trasie narzucały tempo 28 – 30 km/h. Kryzys przyszedł w okolicach 40-tego kilometra, kiedy zdałam sobie sprawę, że jeszcze nie dojechałyśmy, że ta trasa jest dłuższa, niż myślałam, a będzie trzeba jeszcze wrócić. Nagle wszystko zaczęło mnie boleć: nadgarstek, który dzień wcześniej na imprezie (przyznać muszę, że była fantastyczna) obiłam, teraz mi spuchł. W kręgach szyjnych pojawił się wyraźny ścisk od zadzierania głowy, coś nadwyrężyło się w lędźwiach i promieniowanie zeszło do nogi, odezwała się też wydolność, której jakoś szczególnie nie poświęcałam ostatnio czasu… w głowie pojawiło się: nie chcę tego czuć. Robiłam wszystko, co mi przychodziło do głowy, by złagodzić każde negatywne odczucie.
Ostatnie 4 km do miejsca docelowego były przetrwaniem.
 
Jednak najgorsze dopiero miało przyjść…
Ale nie na samym końcu powrotu, tylko przed ruszeniem w drogę powrotną. W środku wszystko krzyczało. Pojawił się strach, lęk, zwątpienie w siebie. W żołądku coś piekło i miałam ochotę zwymiotować. Znowu głos wewnętrzny krzyczał: NIE CHCĘ!
Usiadłam w samotności, chciałam wszystko uspokoić. Skupiłam się na oddechu i pozytywnej afirmacji. Trochę wszystko wyciszyłam, ale nie za bardzo. Kiedy dziewczyny doszły i zaczęły pytać, co się dzieje, bo było po mnie widać, że coś jest nie tak. Wszystko wróciło podwójnie. A na ich pytania, tylko łzy cisnęły się do oczu i wyraźnie robiło mi się słabo. Dziewczyny zaczęły mnie uspokajać, że zwolnimy, że dostosują się do mnie, że nie musimy się już śpieszyć, że dam radę etc…. Nie potrafiłam im nic odpowiedzieć. Czułam w sobie ogromną słabość, której nigdy wcześniej nie czułam. Nie chciałam ich słuchać. Chciałam mieć to już za sobą. Wskoczyłam na rower i ruszyłam, nie czekając na nie, uciekłam od gadania. Dziewczyny dojechały, ale pozwoliły mi przez jakiś czas prowadzić. Mimo iż pierwszej osobie jest najciężej, wiedziały, że tego potrzebuję, że potrzebuje tego moja głowa. Nie chciałam gonić, chciałam jechać swoim tempem, pozwolić rozgrzać się organizmowi w stopniowy sposób i dojść ze sobą do porządku.
Po raz pierwszy była cisza. Nigdy wcześniej takiej mnie nie widziały. Bały się do mnie odzywać. Chyba wtedy też zaczęły się zastanawiać, czy nie przesadziły. W końcu w ogóle nie jeżdżę, nie biegam, nie ćwiczę z ciężarami.
Po ok. 5 km wszystko we mnie zaczęło się uspokajać. Wiedziałam już, jak długa droga mnie czeka. To ma ogromne znaczenie – wiedzieć, kiedy będzie koniec, żeby mentalnie się ustawić. Jeszcze przed powrotem, w trakcie, gdy Ola prowadziła trening, zastosowałam na sobie kilka ćwiczeń z BODYART, dzięki którym nastawiłam sobie kręgi lędźwiowe i szyjne, bo faktycznie się poprzesuwały. Kilka ćwiczeń delikatnie rozciągających i odprężających. Pomogło. Nogi jechały, nic nie bolało tak, żeby nie móc jechać, a ja zdałam sobie sprawę, że te lęki – to nie do końca były lęki przed jazdą, tylko były zbiorem wszystkiego, co w wyniku sporych ostatnio zmian w moim życiu, w środku we mnie się skumulowało, a teraz po prostu wyszło. Gdy zdałam sobie z tego sprawę, poczułam lekkość i wiedziałam już, że dojadę.
Czułam, że dziewczyny mają wyrzuty sumienia. Nie ułatwiałam im też, żeby nie miały.  Tak jak są przyzwyczajone do mojego uśmiechu, tak nie za bardzo go teraz u mnie widziały. Chciały, żeby było przyjemnie, a wiedziały, że takie dla mnie nie jest. Że toczę ze sobą walkę. Z moim ust na przystankach leciała łacina, do czego też nie są przyzwyczajone, zrobiłam się cięta w słowie. Ale wiedziały, że mnie to rozładowuje i wolały to, niż moją cieszę.
Ostatecznie zrobiłam ponad 113 km.
 
Po raz kolejny uświadomiłam sobie, że wszystko siedzi w głowie. I jak ogromne znaczenie ma szukanie w niej świadomie dla siebie siły.
Jeszcze jedna rzecz…
BODYART to niezwykle holistyczny trening. Znowu się w tym utwierdziłam. Bo ostatecznie, tak z marszu, bez żadnego rowerowego przygotowania, tylko trenując BODYART dałam radę. Dzień po i następny, pokazał, że fizycznie czuję się naprawdę nieźle. Żadnych bólowych przeciążeń. BODYART dał mi siłę fizyczną i tą mentalną, by zakończyć tę wyprawę sukcesem. Musiałam to tylko w sobie wewnętrznie poukładać, że tak jest, że fizycznie jestem do tego gotowa. I dzięki temu, powrót, mimo tych wcześniejszych strasznych emocji i już zmęczenia, okazał się łatwiejszy, niż jazda do punktu docelowego.
 
Choć Ola z Kasią pewno tak myślały, ale ani przez chwilę nie wyklinałam ich w duchu. Znam je już całkiem nieźle. Wiem, że są szalone, przyzwyczaiłam się. Widzą we mnie więcej potencjału i siły, niż ja widzę w sobie. Wierzą we mnie bardziej niż ja w siebie. A to jest niezwykle budujące i wspierające.
Dziękuję sisters, że jesteście i za to, jakie jesteście. No i, że mnie nie zostawiłyście.
 
Czy będzie następny raz?
Powiem tak, po pierwszym porodzie powiedziałam sobie: nigdy więcej kolejnego porodu… ale jednak z pełną świadomością zdecydowałam się ponownie i nie żałowałam tego.
Ostatecznie, jestem usatysfakcjonowana, że z marszu zrobiłam taki dystans, że moje ciało ma wystarczającą siłę, że głowa w odpowiednim momencie zadziałała, że serce chciało walczyć i udało mu się.
A te emocje, które po drodze się ujawniły, pokazały, że nie możemy dusić w sobie swoich lęków. Jeżeli tylko będziemy tego chcieć, to w każdej rzeczywistości możemy odnaleźć w sobie siłę. Możemy zrobić wszystko. I w końcu: ja mogę też wszystko. I już dziś, po dwóch dniach wiem, że to powtórzę.

Masz pytania?

Skontaktuj się ze mną już teraz!